03.11.2020

CELT - nowe wyzwanie i schemat postępowania z nowym psem


Przez ostatnie kilka lat pojawiające się u nas Wilczaki z problemami nie należały do wyjątkowo trudnych. 

Poprzednia kumulacja w roku 2015 wzbogaciła nasz wilczakowy zakątek o trzech rezydentów (Bena, Eryka i Vito), psy z historią agresji, nie rokujące adopcyjnie. "Chłopaki" żyją z nami już ładnych kilka lat, sytuacja okrzepła. W między czasie, co i raz pojawiają się Wilczaki do adopcji, mieszkające u nas tymczasowo. Wiele suczek, czasem jak ostatnio - młody samiec (Hati). 

Dla wielu Wilczaków udaje się znaleźć nowy dom bez konieczności pobytu u nas, zwykle dotyczy to mało problematycznych psów. 

Teraz jednak pomocy potrzebuje znowu Wilczak z historią agresji do człowieka i o nim będzie ten wpis.

CELT Kaszubska Wataha, samiec CSV, prawie 6-cio letni.

W sierpniu 2020 nasz kruchy spokój zburzył rozpaczliwy telefon: "Bardzo proszę o pomoc z Wilczakiem, wszyscy się go tu boją, nie możemy sobie poradzić, proszę o zabranie psa, bo skończy się to tragicznie." - dzwoniła Pani Wolontariuszka ze schroniska pod Radomiem, gdzie 2-3 dni wcześniej trafił CELT. 

CELT pogryzł (ugryzł?) osobę związaną ze swoją rodziną, właściwie z nie ustalonych przyczyn. Jest psem domowym, wychowanym w bliskości z człowiekiem, mieszkał w domu od szczeniaka. 

Co poszło nie tak? Jak zwykle czynnik ludzki. Utrata kontroli nad psem, o tym mi powiedziano. Nie będę gdybać i zgadywać. Gdy nie ma wymiany informacji, trzeba skupić się na bieżących potrzebach psa. 

CELT trafił do schroniska na drugi dzień po pogryzieniu człowieka, podobno agresja nie ustępowała. W schronisku, w weekend został praktycznie sam, szalał tam z rozpaczy i tęsknoty. Niszczył kojec i jego wyposażenie, sadził się do ludzi, opiekunowie byli w kropce. Pies nie dał się wyprowadzać z kojca, a jednocześnie dostawał obłędu siedząc samemu. Pracownicy techniczni odmówili współpracy, Panie Wolontariuszki nie miały przygotowania do takiego wyzwania jak rozszalały 6-cio letni CSV. 

I w takiej sytuacji przyszedł ten rozpaczliwy telefon, wołanie o pomoc.

W pierwszym rzucie poprosiłam o namówienie Właścicielki do kontaktu ze mną, by uzyskać nieco informacji o psie. To się udało. Następnie udało się namówić byłą już Właścicielkę do spaceru z Celtem, dla którego było to pierwsze normalne wyjście od kilku dni (chyba był to poniedziałek, ale głowy nie dam). Niestety więcej spacerów nie wynegocjowaliśmy. 

Schronisko postawiło sprawę jasno - nie są w stanie opiekować się Celtem. Psa trzeba było szybko zabrać. W normalnym trybie przyjechałby do mnie, do Fundacji, ale sytuacja nie była dobra, mieliśmy szczeniaczki i przyjęcie psa prosto ze schroniska było dla nich ryzykowne.

W świecie wilczakowym istnieje wiele mądrych głów, skłonnych do rad i porad, a także szybkich do krytyki, ale znaleźć dom tymczasowy dla psa z agresją, oj to już gorzej ;) 

Udało się jednak (w ekspresowym tempie, bo już z pon na wtorek) znaleźć hotel u osoby, która podjęła się opieki nad psem z problemami w tej skali. 

Powiadomiłam o sytuacji Hodowcę psa (dzwoniłam 2 razy), nie było jednak oddźwięku, ani zainteresowania, ani pomocy. 

Będąc w stałym kontakcie ze schroniskiem, zaplanowaliśmy na czwartek zabieg kastracji dla Celta, a na kolejny poniedziałek (początek września) - wyjazd do hotelu. 

Wszystko poszło zgodnie z planem. Pies po zabiegu nie szalał w schronisku. Na śpiocha zabrany do auta po kilku dniach. 

W nowym domu (tymczasowym), gdzie przebywał w kojcu, okazał się psem niekłopotliwym, wpatrzonym w Przewodniczkę, Panią Agatę. Szybko zasłużył na zaufanie, zdjęcie kagańca i długie spacery na swobodnych linkach. 

Koszty rosły (przewóz psa, pobyt w hotelu, karma), a potrzebny okazał się też dodatkowy kojec, bo pies być może zamieszka u nas na stałe i musi mieć swój własny cichy kąt. Dlatego założyłam zrzutkę: https://pomagam.pl/celt , która nadal jest aktualna, zapraszam, jeśli ktoś chce wesprzeć Celta. 

Bardzo dziękuję wszystkim osobom, które już dołączyły do zbiórki dla Celta! Dzięki Wam mogę działać i pomagać Wilczakom. 

Szczególnie dziękuję rodzinie Jaskana, która oprócz wielkiej wpłaty, nieustannie mobilizowała mnie do działania i załatwiła formalności z kojcem. Bardzo dziękuję rodzinie Disi, która opłaciła transport Celta do nas, a była to niebagatelna kwota.

Zamówiłam kojec, opłaciłam Celtowe faktury i czekaliśmy na dogodny moment na przewiezienie Celta do nas. Kojec przyjechał, ogarnęliśmy go.

23. września 2020 CELT przyjechał do Fundacji!

 


Na zdjęciu uśmiechnięty, pełen zaufania do Pani Agaty. Podziwiam tą młodą osobę, która tak doskonale zajęła się Wilczakiem w trudnym dla niego momencie i dała radę tak wspaniale! Szacunek i podziękowanie za pomoc, dzięki Pani Celt żyje i jest w świetnej formie.

Poprosiłam o zostawienie Celta w kagańcu, nauczona złymi doświadczeniami z poprzednimi tego typu psami.

Pierwszy tydzień był ciężki. Celt znowu w szoku, znowu "porzucony", kolejna nowa niełatwa sytuacja, do tego życie w kagańcu nie jest fajne.  Ja z dużym dystansem, podchodziłam jak do jeża ;)

Zdjęcia z 25.10




Na czym polega "oswajanie" takiego Wilczaka? Jaką pracę trzeba z nim wykonać?

Podstawą jest wzajemny szacunek i zaufanie. Szacunek zdobywamy przez narzucenie psu pewnych zasad, przez przykład innych psów, przez współpracę w wykonywaniu komend. Zaufanie zdobywamy początkowo całkowicie unikając sytuacji potencjalnie konfliktowych, dając jednak psu pewną swobodę i zaspokojenie potrzeb. Kluczowa jest osoba przewodnika i jego obecność w życiu psa. Nie wychowamy Wilczaka izolując psa, trzeba, nawet w trudnej sytuacji, wyjść mu na przeciw, być razem. Dlatego każdy z moich adopcyjnych psów jest wypuszczany kilka razy w ciągu dnia, im więcej potrzebuje ten pies zmian, tym więcej czasu spędzamy razem. W przypadku takiego psa jak Celt, każde wyjście na podwórko, spacer, na pole - wymaga mojej stałej obecności. 

Pracę zaczynamy od kojca. Jedną z podstaw dobrego zachowania psa u nas, jest grzeczne wychodzenie i wchodzenie do kojca. Zwykle to moment podwyższonych emocji, trzeba to wyciszać. Na szczęście Celt okazał się łasy na jedzonko, co bardzo pomaga. 

Wejście do kojca do psa. Odwracamy uwagę psa (kawałek mięsa, smakołyk) i wślizgujemy się do kojca. Nie trzeba się bardzo obawiać, pies ma kaganiec, dużej krzywdy nam nie zrobi. Zajmujemy pozycję przy drzwiach i staramy się ją utrzymać, a nawet poszerzać. Jest bardzo dobrze, gdy pies nie broni nam przemieszczania się po kojcu, no ale bywa różnie. Celt nie bronił. 

Wyjście z kojca z psem. Jeśli się da zapinamy psa na smycz (lub zakładamy obrożę typu pętla) i... nie wychodzimy. Pies będzie napierać na drzwi, przepychać się, konsekwentnie nakłaniamy go do siadu, lub chociaż odsunięcia się od drzwi, gdy my do nich podchodzimy. Pies musi spokojnie wyczekać ten czas, kiedy zbliżamy się do drzwi (tak samo w przypadku każdego przejścia, każdej furtki). Dalej uchylamy drzwi i znowu pies ma siedzieć lub się odsunąć. Zwykle wymaga to dłuższej chwili, by się opanował i zrozumiał, że inaczej nie wyjdzie. Psa, jeśli jest pobudzony i nieufny, odsuwamy delikatnie własnym ciałem, bez machania rękami. Po kilku, kilkunastu minutach (zwykle Wilczaki szybko kojarzą), gdy pies nie napiera na drzwi, wychodzimy z psem na smyczy. 

Z psem trzeba wychodzić, nie uzyskamy resocjalizacji, gdy pies pozostanie zamknięty. Trzeba z nim wspólnie spędzać czas i cieszyć się życiem. 

Celt na smyczy chodzi w miarę dobrze, najlepiej na dłuższej smyczy, z większą swobodą. Jest duży, silny i w sile wieku, trzeba mieć na to poprawkę. Sam spacer nie spowodował powstania żadnych problemów. Problemem głównym jest powrót do kojca.

Wejście do kojca razem z psem. Pies musi pokochać wchodzenie do kojca, czekać na ten moment. Z większością Wilczaków najłatwiej osiągnąć to za pomocą jedzenia. Nie chrupków czy byle czego, potrzebne jest surowe mięso. Biorę w jedną kieszeń sporo mięsa, w drugą smakołyki (przydają się na spacerze). W przypadku psa z agresją, nie ma mowy o zmuszaniu go do czegokolwiek, a już do wejścia do kojca tym bardziej. Trzeba go nauczyć chętnego wchodzenia. Początkowo, gdy jesteśmy sobie obcy, czasem na granicy tolerancji, Wilczak nie zrobi nic dla nas. Zrobi tylko dla własnej doraźnej korzyści. Zbliżając sie po spacerze do kojca, zachęcam go do podążania za mną smakołykami. Zwykle przed kojcem trzeba wyjąć mięso i zwyczajnie przekupując psa wejść razem z nim do kojca, kusząc go surowym mięsem (można wrzucić przed sobą, jeśli boimy się, że będzie nam chciał wyrwać). Mam taki trick, mięso trzymam w szeleszczącym worku. Po kilku dniach takich podchodów, czasem już po 2-3 dniach, wystarczy zaszeleścić workiem, a pies skupia uwagę i wie, że czas na mięso w kojcu. I idzie :) W kojcu, gdy dostanie część mięsa, odpinam smycz, daję resztę mięsa i wychodzę, gdy pies jest zajęty jedzeniem. Oczywiście na początku, potem jest łatwiej każdego dnia. Chodzi o czas, gdy sobie nie ufamy. 

Jak Celt odnosił się do mnie na początku?

Mija 10 dni od przyjazdu, dotychczas Celt nie zrobił żadnego gestu sugerującego agresję: nawet cienia warczenia. W pierwszych dniach doskonale mnie ignorował, klasycznie jak starszy pies - młodego. Olewał mnie całkowicie, byłam tylko drugim końcem smyczy lub wyrzutnią jedzenia. Podobnie było i z moim zachowaniem. Dystans (zamierzony), brak inicjowania relacji (to mniej ważny zabiega o ważniejszego), skupianie się na zasadach wchodzenia / wychodzenia, karmieniu, spacerze.

Pierwszego dnia pozostał w kojcu. Drugiego dnia wychodziliśmy na smyczy na spacery po terenie. Trzeciego dnia puściłam go ze smyczą na podwórku. 

Puszczenie psa luzem wiele mi mówi o jego stanie, wychowaniu. Czy sprawdza gdzie jestem, czy szuka kontaktu wzrokowego, czy mocno oznacza teren, czy eksploruje, czy zaczepia inne psy (w kojcach), wreszcie - czy podąża za mną. Celt, jak pisałam, mało się mną interesował, trzymał się blisko domu, sikał w normie. Często "zawieszał" się pod drzwiami domu i patrzył do środka długi czas. Raczej unikał kontaktu ze mną, ale nie jakoś ostro tylko odsuwając się powoli. Nie był wystraszony. Czasem jednak spoglądał czy jestem ;)


W moim działaniu z Wilczakami adopcyjnymi, zawsze szybko decyduję się na puszczanie ich wolno po terenie (jest bardzo porządnie ogrodzony), jak nauczyć psa przywołania, gdy nie dam mu się wybiegać i nie dam mu szansy podjęcia takiej decyzji wiele razy? Początkowo puszczam z linką, w razie "w" jest za co łapać. 

Kontakty z innymi Wilczakami ze stada.

Początkowo tylko przez siatkę, raz - z racji braku znajomości reakcji psa na inne, dwa - dlatego, że najpierw wypracowujemy sobie wzajemną relację człowiek - pies, a potem dołączamy przyjemności. Na razie więc Celt nie biega z suczkami. Ale - nie jest zaczepny do psów, zdecydowanie jest przez nie dobrze tolerowany. "Mieszka" koło Eryka (starszy samiec CSV) i chyba już się lubią, kilkakrotnie podchodziły do siebie przez kratę i rozchodziły się obojętnie lub przyjaźnie. Inne samce w moim stadzie (jest ich pięć poza Erykiem) oczywiście czują nowego psa, ale po jednym dniu zainteresowania, w ogóle nie zaglądają w tamtą okolicę, nie zaczepiają Celta, nie szukają konfliktu. To cudowna cecha! I tak rzadka u samca CSV.  A wiec na szaleństwa z pannami przyjdzie jeszcze czas, a z chłopakami póki co nie ma kłopotu. 

Podrywanie Adanki, która klasycznie go "zlewa"


Po weekendzie niestety kaganiec zaczął Celta uwierać (mocno głęboko założony by nie zdjął). Pojawiły się obtarcia, dyskomfort, pies zaczął tracić humor, chociaż nie miał go wiele, ale teraz zaczął się zamykać w sobie. Nadal unikał kontaktu ze mną, za wyjątkiem "szorowania" głową. Trzeba było się przemóc i podjąć decyzję o zdjęciu kagańca. Niespełna tydzień od przyjazdu, mało się poznaliśmy, więź słabiutka, no ale agresji nie było. 

W czwartek 29.10, w smętny deszczowy dzień,  kaganiec został zdjęty.


Celt kocha piłeczki, dusi je i rwie na kawałki, albo ugniata w zębach, ma fantastyczną zabawę! Powyciągał z kątów wszystkie zabawki, które zostały po szczeniaczkach :D

Po zdjęciu kagańca, nasza relacja szybko się rozwinęła. Biegał i patrzył gdzie jestem. Wołany (na początku na mięso) - przychodzi! W sobotę 31. biegał jeszcze z linką


 Zaczął cieszyć się (bardzo!) gdy przychodzę do niego do kojca. Co więcej, zaakceptował zasady, odsuwa się od drzwi, daje mi swobodnie wejść, zapięty, czeka w siad na wspólne wyjście. Mądry piesek!

Zdjęcia z niedzieli 01.11




 Niedzielne przywołanie - jeszcze zupełnie niedopracowane, zepsute pod koniec, zamiast naprowadzić na siad, sprowokowałam go do wyskoku po jedzenie, ale nic to, początki! Codziennie ćwiczymy to wiele razy.

Zabawa piłką, typowo, po wilczakowemu - raz mogiem, ale nie więcej! ;) Rozbawił mnie tym totalnie :) 


Przywołanie - stale i stale, najważniejsze teraz. 

Tak przywołujemy się na zwykłe smakołyki 


A tak na mięso


Od niedzieli wieczora Celt biega już bez linki. Chodzi za mną, przybiega za każdym razem wołany, dość swobodnie wchodzi do kojca, chociaż jeszcze nie pędzi, ale daje się łatwo zachęcić. Cieszy się, liże ręce. Od poniedziałku 2.11 zaczęłam podawać mu smakołyki z ręki (nie rzucać) i nie ma z tym problemu. 

Nie chcę przechwalić, będziemy się siebie jeszcze dużo uczyć, ale wydaje się, że to bardzo dobry piesek. Czujemy się ze sobą coraz swobodniej, wiele dobrych nawyków ma utrwalone.

Będę dalej opisywać tu nasze dogadywanie się. 

Tymczasem wieczorami, często całe noce, Celt śpiewa, zawodzi, tęskni. Dziś pierwsza noc cicha. 

 Na powrót tego uśmiechu czekałam do wtorku :) 





Minęły 2 tygodnie Celta u nas. Nieco się poznaliśmy, obie strony czują się już dużo pewniej. Jako że chłopak zachowuje się wzorowo, zasłużył na zapoznanie z pannami.

Pierwsze spotkanie ze Speedy


Celt okazał się szarmancki w kontaktach z pannami

Dalszy rozwój akcji

Celt z Adane i Beti


I sam bohater naszej historii



9.11. 

Dwa i pół tygodnia poznajemy się. Jest naprawdę nieźle ale pewien problem się pojawił. Po oswojeniu się z nowym miejscem, Celt zaczął mocno zabierać głos. Słysząc inne nasze Wilczaki, lub jakieś zamieszanie na podwórku, też chętnie się dołącza ze szczekaniem :(  Nie chodzi o wycie, to akurat mi nie przeszkadza. Niestety od 5 lat żyję w jazgocie Bena, a teraz kolejny pies się odzywa :(

Co do wad samego Celta, to póki co, nie znajduję ich wiele. Jest dobrze wychowany w relacjach z człowiekiem i psami. Jak każdy żyjący między ludźmi Wilczak, jest chętny do nauki i bystry. Gdy do niego idę do kojca, najpierw jest wyskok radości, ale zaraz grzecznie siada i z uśmiechniętą mordką i ogonem, czeka na hasło do wypuszczenia! W różnych furtkach lubi się przepychać, ale korekty przyjmuje cierpliwie i stosuje się do nich, a bywa, że ustępuje mi pierwszeństwa sam. Nie broni żadnej formy dotyku (także czyszczenie oczu czy wyskubywanie sierści). 

Dla stada ogólnie nie jest (na razie) mocno uciążliwy, chociaż to może się zmienić, gdy jego aktywność i pewność siebie wzrośnie. Niestety stado wyraźnie odczuwa mniej czasu, który mogę poświęcić reszcie psów, tym bardziej, że dni są takie krótkie. Ben znowu jest bardziej spięty (i rozszczekany), bo jednak mniej czasu spędza poza kojcem.

Pewna uciążliwość w codziennym życiu (niezależna od psa), to paskudne ślinienie się, baboki wiszące z pyska, fuj ;) Dotychczas z naszej ekipy tylko Vito miał tę przypadłość i to w mniejszym stopniu. 

Jest trochę zbyt mocno pobudzony przy jedzeniu, mimo że u nas dostaje jedzenie sam (bez obecności innych psów). Jedzenie to zawsze możliwy potencjalny konflikt, jednak póki co, wystarczy być czujnym i szybkim. Po zdjęciu kagańca przeszliśmy na karmienie mięsem i Celt wydaje się być tym zachwycony. Trawi doskonale, od kilku dni zaczął też kontrolować wypróżnianie i dopasowuje się z tym do (dość stałych) pór wychodzenia.

Jeszcze chwila i będą potrzebni goście ochotnicy :D Niedługo przyjdzie czas na sprawdzenie reakcji na innych ludzi. W dalszym etapie będzie trzeba powychodzić trochę między ludzi, do miasta. 

Przy tak dobrym zachowaniu, adopcja wydaje się możliwa. Czekam na sytuacje konfliktowe i na możliwość zapanowania nad nimi. Dopiero ta wiedza da pełniejszy obraz tego, czego możemy się po Celcie spodziewać. 

 W relacjach z suczkami, Celt zachowuje się nieco dziwnie. Jest miły, potrafi też suczkę skorygować (Joko próbowała do niego podskoczyć mniej uprzejmie i ją usadził), ale jest też zadziwiająco mało zabawowy. Czy to kwestia wieku? Czy też braku zabaw z sukami? Jak zobaczycie na filmach, jest zainteresowanie, nawet krótka akcja, ale zaraz rezygnuje. Zwykle "samotne" samce, które do nas trafią, nie mogą się nacieszyć i naszaleć z suczkami.

Z Saarlooskami i Adanką




 13.11

Celt codziennie biega z suczkami, zwykle raz dziennie, dwa razy wychodzi tylko ze mną. Staram się sprawdzać jego zasób ćwiczeń. Wygląda na to, że zna podstawy.

Pierwsze sprawdzanie komendy "zostań"

 

Przywołanie (teraz przybiega już nawet na smaczki:D ) i dawanie łapy


Celt zaczął się przytulać, poszedł też buziak :D Jest bardzo miłym zbójem. 

19.11

Prawie miesiąc za nami. Od kilku dni Celt już prawie nie wyje. Szczeka więcej, ale nie jest najgorzej.

Dzisiaj udało się waćpana namówić na leżenie na komendę, długo się przed tym bronił, ale mamy i to! 

Celt coraz swobodniej się u nas czuje, uwielbia Bietkę i Speedy, ale niestety Joko się go boi i nie dogadują się. Jedzenia jednak Celt broni przed suczkami mocno, będzie więc nadal karmiony osobno. 

Coraz częściej przychodzi do mnie, by posiedzieć sobie razem :) 

A to poufałości ze Speedy


Uśmiech :D


25.11.

Odwiedzili nas goście. Co prawda nie do Celta, ale i do niego zajrzeli (Celt został w kojcu). Reakcja była podobna w obu przypadkach: radość, że ktoś przyszedł (i może wypuści) oraz warczenie na widok facetów. Dziwny widok, pies skaczący, merdający, na przemian z lekkim wycofywaniem się i ostrzegawczym warczeniem (wyglądało jak ze strachu). Smaczki jednak od naszego Gościa Celt przyjął :) Gdyby ktoś doświadczony chciał nas odwiedzić, to myślę, że Celt już może próbować nowych relacji, szczególnie z paniami. 

03.12

 

U Celta wszystko dobrze, pożera po 1.5 kg mięsa dziennie, jest coraz grzeczniejszy, chociaż słuch wybiórczy też się zdarza. 


Śnieg podoba mu się ogromnie!




11.12.

Goście nadal witani są nieufnie, czekamy na śmiałków, przy których będzie można Celta wyprowadzić z kojca. 

Celt zaczął linieć. I tu kolejna miła niespodzianka. Pan pies pozwala się czesać, nawet raczej to lubi!

Ten pies ma masę dobrych nawyków i manier :)

Zabawy z Bietką:


Ale gdy pies przegina, suczka ustawia go do poziomu ;)


A na deser - Celt - spryciarz jakich mało :D


17.12.

Mikołajkowa piłeczka :)



 

 C.D.N.

https://pomagam.pl/celt



25.02.2018

ZYTA - niekończąca się opowieść


Los Zyty to dzieje tragiczne, psie życie zniszczone przez ludzi. 
To dzieje wędrówki od domu do domu.
Początek tej historii znajdziecie tu: https://soswilczaki.blogspot.com/2015/09/stracone-dziecinstwo-czyli-zyta.html, nie ma sensu opisywać tego ponownie.
Po adopcji do Szamotuł, happy endu nie było. Po 3 miesiącach próbnych, Zyta wróciła znowu do mnie. Ale czekał już kolejny chętny dom, w Toruniu.
Rodzina z Torunia adoptowała wcześniej ode mnie młodego samca Wilczaka (Arona) i dość radzili sobie z jego wychowaniem (dojrzewanie, dorosłość). Nie zgłaszali większych problemów, wyglądało na to, że są idealnym domem dla Zyty.
W lutym 2016 Zyta pojechała do Torunia, do trzeciego już domu adopcyjnego. 
Była uroczym dzikusem, który chciał chuliganić ale i czarował swoim wdziękiem.
Weszła do dużego, poukładanego stada: 2 dorosłe osoby, nastolatka, małe dziecko, dorosła sunia Husky i dorosły samiec CSV. I rozwaliła system. 
Po pół roku nie dogadywała się już wcale ze starszą od siebie suczką (były walki, szycie), spokojnego psa doprowadziła do agresji (przekierowanej na ludzi - członków rodziny - były pogryzienia). Jednocześnie ciągle opisywano ją jako: wspaniały pies, zaaklimatyzowana itp.
Od początku miała zaburzenia hormonalne, cieczki co kilka miesięcy, trwające długo. 
Wiele wiele razy prosiłam o sterylizację (żeby polepszyć relacje w stadzie, żeby nie szarpać nerwów psu, żeby sukę wyciszyć) - co udało się w końcu po ponad roku, po kolejnym cieczkowym szaleństwie. Wielokrotnie prosiłam o kastrację Arona, ale tego się nie doprosiłam. 
Nie winię Zyty, to nigdy nie jest wina psa, zawsze człowieka.
Sunia nie otrzymała w nowym domu zasad, nie ustawiono jej w hierarchii, nie wyciszyła się.

Źle traktowała w domu Arona, nie dziwię się, że pies wysiadał.
Może powinnam wtedy już odebrać Zytę, może by się dało, ale... co dalej?
Pies który wraca z kilku adopcji ma coraz mniejszą szansę na normalny dom.
Jednym wyraźnym, ale ważnym pozytywem było to, że radzili sobie z agresją suczki do ludzi, okiełznali ten problem, na którym poległa poprzednia rodzina adopcyjna. A to ważna sprawa.
Dlatego pozostała w tej rodzinie, mimo wielu błędów.
Już od początku w nowym miejscu uciekała (nie jak mieszkali w kamienicy, tylko w domku):
Nie panowano nad sukami
Po ponad roku, suka nadal uciekała

Uciekania, niestety, nauczyła się właśnie u nich, mimo że obecnie się nie przyznają. 
To największa porażka tego domu, gdy czytam stare wpisy, nie ma mowy o ucieczkach, sucz trzymała się stada. W Szamotułach nie było ogrodu - nie mogła uciekać, wychodziła tylko na lince. A więc to w ostatnim domu nauczyła się ucieczek, co tak fatalnie odbija się teraz na jej życiu (nie może biegać luzem nawet na doskonale zabezpieczonym terenie, dużo mniejsze szanse na adopcję). Prawdopodobnie była zostawiana sama (z psami) przez wiele godzin bez kontroli, to moje przypuszczenie. 

Inne błędy: W sierpniu 2016 byliśmy umówieni na pracę na obozie szkoleniowym. Nie z powodów towarzyskich mi na tym zależało, lecz by ocenić relacje i postępy psów, bo pomóc w ich wychowaniu. W ostatniej chwili przyjazd odwołano a rodzina pojechała sobie... do Włoch. Poprosili mnie o wskazanie hotelu, bo z Zytą podróżować nie chcieli (że niby szaleje w aucie). Podałam adres hotelu, w którym sama kilka razy zostawiałam swoje Wilczaki. Miał to być wypad weekendowy. 
Okazało się, że do hotelu dotarli o godz. 23, sukę wrzucili do kojca i wyjechali na wakacje na 10 dni. W między czasie suka uciekła z hotelu, wróciła. Po tej akcji byłam wstrząśnięta. 
Wilczak niedawno adoptowany i tak go potraktować. U mnie do hotelu przyjeżdża się tylko za dnia (chyba że znajomy pies i dobrze się tu czuje), każdy zostaje z psem godzinę, dwie, żeby pokazać mu nowe miejsce, wyciszyć emocje. Nie wolno porzucać psa w obcym miejscu w nocy. Sunia cudem się szybko znalazła. 

Kolejny rok (2017) i powtórka z rozrywki. Wakacje, ciepłe kraje, Zyta w nocy zostawiona w kojcu w hotelu, znowu ucieczka, tym razem dłuższa - znalazła się ponownie. 
Wtedy wiedziałam już na pewno, że to nie jest właściwy dom, ale Zyta mieszkała tam od 1.5 roku, miała namiastkę życia, no i... była ich. Tak mi się wydawało, że traktują Zytę jako swojego psa, mimo że do naszego spotkania nie doszło i ostatecznie nie podpisaliśmy papierów o adopcji (tylko tymczasowe). I tu też się myliłam, ale po kolei.

Po nowym roku dostałam telefon od rodziny Zyty, że: za 2 tygodnie ruszamy do UK, to jest nagła decyzja, musimy wyjechać, chcemy ci Zytę zostawić. 
Nie miałam żadnej możliwości jej przyjąć: 17 Wilczaków, z czego 4 w kojcach a kojców mam 5. 
Poleciłam hotel lub inne miejsca, ale ja nie miałam jak. 
Po kilku dniach kolejny telefon: wyjeżdżamy już, w ten weekend (06.01.2018), Zyta pójdzie do hotelu, ale boimy się, że będzie uciekać. 
OK, miałam fuksa, udało mi się w ekspresowym tempie zorganizować profesjonalny transport dla Zyty do UK, na ten sam weekend, tą firmą, z którą do Polski przyjechała 2 lata temu.
Plan się udał, suczkę przywieziono do mnie na kilka godzin, wieczorem 4.01 wydałam ją firmie przewozowej. Bezpieczna, chociaż po 2 dniach spędzonych w klatce w aucie, 06.01 była w UK, z rodziną. 
W południe (06.01) telefon: sukę trzeba odesłać, wariuje, mamy ciasno, nie mamy nic przygotowane, Aron robi się agresywny, musisz ją przyjąć.
U mnie nadal było ciasno, zaproponowałam odesłanie do hotelu w ostateczności, ale najlepiej żeby przeczekać, za kilka dni uspokoi się, pochodzić na długie spacery, wiadomo.
Kolejnego dnia (07.01) telefon: pod względem prawnym pies jest twój i my ci ją ku*wa wysyłamy.
Po takim postawieniu sprawy wystosowałam odpowiedź, że jeżeli Zyta zostanie do mnie odesłana, to już na zawsze, bez prawa odbioru.

Sprawa została postawiona jasno. 
Zytę odesłano do mnie, niesprawdzonym transportem.
Gdy przyjechała, miałam prawie zawał: suka siedziała obok kierowcy, bez smyczy, okno otwarte. 
OK, przyjechała.
Okazało się, że po prawie 2 latach adopcji, z Zytą jest kiepsko psychicznie. Nerwowa, roztrzęsiona, uciekająca, bez kontaktu z człowiekiem. Pozostał jej tylko zabójczy wdzięk i uroda. 

Jak widać, Zyta jest w pełni moją suczką, rodzina ją porzuciła, własność prawna przypada na mnie.
Zaczęłam szukać domu dla suczki, ustaliłam warunki adopcji, które miały już na wstępie dokonać selekcji i zawęzić pulę osób, do grupy osób statecznych, zrównoważonych, o unormowanym trybie życia. Przez kilka tygodni nie zgłosił się zupełnie nikt. Potem pojedyncze zapytania osób, które nie spełniają warunków, nie mają doświadczenia. Nie ma nic, żadnego wyboru domów.

Po pozbyciu się Zyty w taki sposób, zerwałam kontakty z jej rodziną. Nie blokowałam ich, ale nie starałam się utrzymywać znajomości. Zaczęły przychodzić wzmianki o "oddaniu psa", na które odpowiedziałam raz negatywnie, potem ignorowałam. 
Po wulgarnych wypowiedziach przez telefon, przestałam go od nich odbierać. Nie będę się narażać.
Nie było większych prób skontaktowania się ze mną.

Od początku lutego, próby szkalowania publicznego i w prywatnych mailach do moich znajomych. Chętnie podchwycone przez internetowych dewiantów. Tego nie będę analizować, szkoda nerwów.
Takie zagrania są mi znane od lat, niektórzy się w nich wyspecjalizowali. 
Jednak na prośbę wspólnej znajomej, koleżanki którą szanuję - zgodziłam się na wymianę maili.
Była rodzina Zyty przedstawiła swoją obecną sytuację jako unormowaną, mają dużo czasu dla psów, warunki i środki. I są jedynym światem, który Zyta zna i w którym jakoś funkcjonowała. 
Z bólem serca i wielką obawą, zgodziłam się wstępnie na przekazanie im Zyty - jeżeli do czasu odbioru nie pojawi się lepszy dom. Do tego, mają zapłacić za pobyt Zyty w hotelu, oraz podpisać nową umowę. 

Dlaczego o tym piszę tak szczegółowo - bo jedną adopcję / zwrot odpuściłam w opisach (ze względu na dobro tamtej rodziny) i do dzisiaj, przez lata - rodzina ta wypisuje kłamliwe wersje wydarzeń, chodzi o akcję z Dżedajem. I tu będzie podobnie. Niech więc w sieci będą wersje obu stron. 

W tej sytuacji nie ma dobrych decyzji.
Dawna rodzina Zyty jest niewiarygodna i nie godna suczki.
Nowych rodzin nie ma, a nawet jeśli się pojawią, nie ma żadnej pewności, że Zyta nie będzie wiele razy wracać, w coraz gorszym stanie. Powie ktoś - to tylko kwestia czasu. Też tak myślałam, z adopcją Bena. Postawiłam twarde warunki i nikt ich nie spełnił. Pies został u mnie. 
Ale Zyta nie może tu zostać. Nie może biegać luzem, a ja nie mam czasu (16 psów, które chcą być stale ze mną) by zapewnić jej ruch i wrażenia, których potrzebuje do normalnego funkcjonowania.
Nie może też mieć swobody w domu (psy, koty). U mnie jest tylko na tymczasie, nie ma opcji na stałe.

Stąd bolesna decyzja, o możliwości przekazania jej do poprzedniej rodziny. 
Wybieram mniejsze zło.
Chyba że... stanie się cud. 

02.03.2018
Po upublicznieniu historii Zyty, wiele osób przejęło się jej losem i zechciało pomóc.
Postanowiłam mocno wstrzymać się z decyzją o jej oddaniu do poprzedniego domu i dać jeszcze jedną szansę.
Suczka potrzebuje ruchu i wrażeń. Dlatego zaprosiłam wolontariuszy, by przyjeżdżali do niej na spacery. Na razie powoli, ale temat się rozkręca.
Zaprosiliśmy też do pomocy tresera, niebawem pierwsze spotkanie. 
Mamy środki, pojawiają się ludzie do pomocy. Nie ma tylko chętnych domów adopcyjnych...

01.05.2018
W kwietniu pojawił się wspaniały domek! Taki wymarzony. Samodzielna, dorosła osoba, o dużej sile psychicznej (i fizycznej sprawności), zrównoważona i spokojna.
Po wielu rozmowach, kilku odwiedzinach i testach - nowy dom został zaakceptowany i Zyta pojechała do niego koło Majówki.

01.08.2018
Po trzech miesiącach wiadomo już, że był to strzał w dziesiątkę. Nowa rodzina opanowała większość problemów, suczka czuje się tam bezpiecznie. Nie ma incydentów agresji, nie ma żadnych ucieczek.
Taki dom się Zycie należał i taki dostała.
Dziękuję wielu wielu osobom za pomoc w sprawie Zytki, bez Was nie wiem czy sama bym podołała.


07.02.2018

Jesteśmy Fundacją!





Od lutego 2018 r działamy jako zarejestrowana Fundacja SOS Wilczaki!
Strona internetowa jest w przygotowaniu.
Więcej informacji na grupie FB:

KIEŁ - samiec w typie CSV 3 lata - ADOPTOWANY


ADOPTOWANY!
Pani Monika Ostańska i Fundacja SOS Wilczaki szukają domu dla 3-letniego, łagodnego samca, mocno w typie rasy Wilczak Czechosłowacki.
KIEŁ pierwsze półtora roku mieszkał w bloku, po rozpadzie rodziny trafił na podwórko i nocował w kojcu. Obecnie sytuacja jest podobna, pies musi zmienić dom.
Zainteresowała się jego losem Monika, zaczęła wyprowadzać, wspierać. Pies okazuje się być łagodny, nawet do samców (co w sumie dziwi ;) ), pozwala np na badanie usg obcym osobom w nowym miejscu, wyprowadzanie w grupie innych psów.
Nie znamy rodziców Kła. Wiemy, że był kupiony w Tomaszowie.
Kieł jest wnętrem, przed adopcją planujemy jego kastrację, w najbliższych dniach.
Dopilnuje tego Monika Ostańska, dla której serdeczne podziękowania! 

Kontakt na FB do Moniki lub na telefon 533860205.
Sprawa jest pilna!
Pies wyjątkowo sympatyczny i łagodny jak na dorosłego samca Wilczaka.

22.01.2018

ZYTA - suczka CSV - 3 lata - ADOPTOWANA!

SOS Wilczaki szuka wyjątkowego domu dla ponad 3-rzy letniej suczki Wilczaka Czechosłowackiego (z rodowodem, sterylizowana).
ZYTA z Lasów Preczowskich - suczka wielkiej urody, ale z trudnym charakterem, ukształtowanym przez życiowe perypetie (oddana w złe warunki w wieku młodym, kilkakrotnie zmieniała dom).
Szukamy wyjątkowego domu, spełniającego potrzeby tej urodziwej suni, proszę o kontakt TYLKO osoby spełniające wymienione warunki.
Warunki adopcji:
- niewielka rodzina (1-2 osoby), chętnie w wieku dojrzałym / średnim, bez dzieci
- mieszkanie w bloku lub nie korzystanie z ogrodu
- osiadły spokojny tryb życia
- spora ilość czasu dla psa
- brak innych zwierząt (wyjątek - może być dorosły zrównoważony samiec dużej lub średniej rasy / nie-rasy)
- pełna kontrola psa, spacery wyłącznie na smyczy / lince
ZYTA jest miła w kontaktach, jednak to dominująca suczka, próbująca bronić zasobów. Wymaga stanowczego podejścia i ustalenia wyraźnych zasad i hierarchii.
Bardzo lubi spokojne domowe życie, długie spacery, na pewno chętnie podejmie pracę węchową, jeśli ktoś by ją oferował. Jej główny problem to brak emocjonalnej więzi z człowiekiem, brak uznania przewodnictwa człowieka i radości z obcowania ze swoim człowiekiem. Tego będzie trzeba ją nauczyć.
Zyta jest typem ucieczkowym, dlatego nie może zostawać w żadnej formie na ogrodzie. Wyprowadzanie wyłącznie na smyczy, lince, a puszczanie luzem - ewentualnie, na potężnie ogrodzonym terenie.
W życiu codziennym nie ma wysokich wymagań, potrzebuje wyciszenia, spokoju, może trochę pracy z człowiekiem. Potrzebuje stabilizacji, by zaufać człowiekowi i odkryć radość ze wspólnego życia.
Proszę o kontakt tylko osoby spełniające warunki.
Obowiązuje umowa adopcyjna tymczasowa, wizyty przed i po adopcyjne, pełna współpraca. Adopcja jest nieodpłatna.
Zyta mieszka obecnie w domu tymczasowym w Obornikach k. Poznania.
Kontakt: Ela Wojtko, SOS Wilczaki, ela.wojtko@o2.pl, 502390630.




01.01.2018

Problemy z krzyżówką Wilczaka - wpis właścicielki

Równo rok temu na świat przyszła Lexa i 6 jej rodzeństwa. Dzień jej urodzin skłonił mnie do napisania posta, który podsumuje jeden z najlepszych okresów mojego życia. Będzie długo, więc lećcie po kawę lub herbatę.
Lexa to kundel. Mix owczarka staroniemieckiego i wilczaka czechosłowackiego. NIE POLECAM życia z taką mieszanką. NIE POLECAM mieszania wilczaków i tym samym babrania w genotypie. Szczeniaki trafiły do świetnych domów z fantastycznego domu, w którym się urodziły. Tylko odpowiedzialność dziewczyny, która wyadoptowała maluchy pozwoliła dobrać szczyla charakterem pod potencjalny dom. Nam trafiła się Lexa. Najbardziej wilcza, czujna, wycofana.
Przewartościowaliśmy całe nasze życie, wprowadziliśmy szczenię do domu z rezydentem, które trzeba było wprowadzić z myślą o tym, że mieszanka genów może okazać się tą najgorszą. Wilczakowcy krzyczeli, że pies zniszczy nam życie. Pytałam więc o wszystko właścicielki rodziców szczyla, trzepałam internet i czytałam wszystkie wilczakowe grupy.
Kluczem do sukcesu okazała się konsekwencja i zasady od pierwszej minuty w naszym domu.
Początki lęku separacyjnego, strach przed miastem, ludźmi, śmietnikami, cieniem, powietrzem, psami, kotami, dziećmi, wózkami... wszystkim. Odcinek 100metrów szłyśmy 1,5h, ja na czworakach i pies przy mnie. W centrum miasta, mimo gapiących się i śmieszkujących oczu. Siedziałyśmy w skupiskach ludzi, na rękach młoda poznała każde miejsce w mieście, a pytanie "mogę wejść z psem?" stało się towarzyszem "dzień dobry".
Prócz walki z ludźmi o to, że każdy pies jest ich własnością do głaskania myślałam, jak ich wykorzystać do walki z lękiem. Zaczęłam wykorzystywać każde biegnące łapska, z daleka krzyczałam do ludzi i prosiłam, by podeszli do szczeniaka na MOICH zasadach. O dziwo większość się dostosowała :) To Lexa decydowała, czy ktoś ją może podrapać pod pyskiem, czy nie. Za każde pożądane zachowanie dostawała ode mnie dawkę pieszczot i smaka. W efekcie mam psa, ktory nie skacze na ludzi, ignoruje ich, ale w interakcjach jest łagodny i wyważony.
Noce przespane przy kennelu, z ręką spuszczona z łóżka. Bieganie na dwór po 50 razy dziennie. Wychodzenie z domu kolejne 50, by nauczyć Młodą zostawania bez nas. Wypracowywanie posłuszeństwa przy często braku jakiejkolwiek motywacji. Sesje maksymalnie 1 minutowe, które i tak potrafiły znudzić. Miska spalona przez pierwsze 3-4 miesiące w naszym domu. Dziesiątki kleszczy. Wpatrzone oczy pełne psiej wdzięczności za każdą poświęconą sekundę.
Czujność. Obserwacja. Te dwa słowa świetnie opisują Lexę. W nowym otoczeniu, lub towarzystwie staje w bezpiecznej odległości i obserwuje oceniając sytuację. Kiedy stwierdzi, że jest bezpiecznie - powoli, z opuszczoną głową podchodzi, by po chwili oddać się zabawie, lub zignorować temat. Kiedy zauważy, że sytuacja nie jest dla niej komfortowa - oddala się.
W kontaktach z psami stara się dostosować, dawkuje swoją siłę, mniej operuje mową ciała. W kontaktach z wilczakami - jest młodym wilkiem, z większą swobodą, genialną mową ciała, którą się komunikuje i którą świetnie odczytuje.
Czasem myślę, co by było, gdyby trafiła do domu, który nie wprowadziłby zasad, nie postawiłby na socjal? Może z czasem by się sama odblokowała... A może właśnie zniszczyłaby życie. Życie swoich domowników i całej okolicy, w której mieszka.
Staram się jej zapewniać jak największą stabilizację psychiczną, przez co oboje dbamy o naszą, bo Lexa zbiera wibracje z otoczenia. Nasz dom jest oazą spokoju, ma być miejscem odpoczynku zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt w nim mieszkających. Ograniczyliśmy ilość słów w komunikacji z Lexą, coraz bardziej się czujemy, coraz bardziej się poznajemy.
NIKOMU nie polecę mixa z wilczakiem. To nie są łatwe mieszanki, geny wilka są silne i potrafią bardzo zdominować. Wilczaki są dla nielicznych, a mixy nie powinny się rodzić, bo albo zasilą szeregi schroniska, albo najpierw zdążą zniszczyć życie swoich domowników.
Lexa nauczyla mnie pokory przede wszystkim. I chylę czoła za każdy krzyk wilczakowców na mnie, zanim szczyl zawital w nasze progi, bo dzięki temu pracowałam z psem pod kątem najgorszych cech, które mogły się ujawnić.
Życzę nam wielu wspaniałych lat razem
Joanna G. 

ZIRA - suczka CSV - 2.5 roku - ADOPTOWANA

ZIRA - suczka CSV - 2.5 roku - REZERWACJA
SOS Wilczaki szuka domu dla młodej (prawie dorosłej) suczki Wilczaka Czechosłowackiego (z rodowodem).
ZIRA (BORA z Granitowego Wzgórza, ur. 07.06.2015r)
wychowana w stałym kontakcie z ludźmi, w domu z małym dzieckiem i psami. Jest posłuszna, zsocjalizowana, przyjacielska, ufna do większości ludzi.
Nie oswajana z kotami. Nie była nauczona zostawania w domu, ten temat trzeba będzie przepracować od zera. W kojcu zostaje bez problemu. Głównym problemem były jej ucieczki z podwórza, gdzie była zostawiana sama z psami, gdy rodzina wychodziła na wiele godzin. Nauczyła się uciekać i tego należy się obawiać w przyszłości. Dlatego najlepiej pełna kontrola - mieszkanie w bloku lub bardzo solidne ogrodzenie.
Ma za sobą incydent agresji do małego psa, na pewno zawsze chętnie wykorzysta swoją przewagę. Nie toleruje dorosłych suk. Nie polecam do domu z kotami/ małymi psami.
Suczka nie jest sterylizowana, jest zdrowa.
Obowiązuje umowa adopcyjna tymczasowa (3 mies).
Sunia przebywa w domu tymczasowym w SOS Wilczaki (okolice Poznania).
Kontakt: Ela Wojtko 502390630, ela.wojtko@o2.pl 









03.12.2017

Bazarek z Wilkami 03 - 10.12.2017




Zapraszamy na bazarek!


W świątecznym i niezmiennie wilczym klimacie zapraszam na bazarek dla Wilczaków w potrzebie.
Zimą rosną koszty utrzymania psiaków, nieuchronnie też nadciąga potrzeba nowego kojca, bo rezydenci zajmują większość "lokali".
Wraz z grupą zaangażowanych osób przygotowałam dla Was specjalne gadżety, które śmiało można użyć jako Gwiazdkowe Prezenty dla bliskich lub dla... siebie ;)
To ostatni bazarek na SOSy w tej formie, wkrótce będzie już bardziej oficjalnie, idą zmiany!
Bazarek trwa do kolejnej niedzieli godzina 22.
Można wystawić własne fanty, proszę wtedy określić kto pokrywa koszty wysyłki (kw) i podstawowe informacje o fancie (czy nowy, wielkość).
Część fantów będzie do licytacji, część w opcji Kup Teraz.
Nr konta: 90 1050 1520 1000 0090 6045 230

Konto dla zagranicy:
IBAN: PL 32 1050 1520 1000 0092 3649 8458
BIC SWIFT: INGBPLPW
Elżbieta Wojtko, Oborniki 64-600, Polska

Zapraszam na jedyny taki, bardzo wilczy, bazarek!

25.11.2017

SOS-owi rezydenci

Z pewnym niedowierzaniem, chociaż i z odrobiną rozbawienia dowiedziałam się niedawno, że moich SOS-owych rezydentów uważa się gdzieniegdzie za Jantarowe zwroty (zwroty psów z mojej hodowli z powodu np agresji).
Pewnie to mój błąd, bo nie posługuję się imionami z "pierwszego życia" psa, ani z rodowodu.
Przyjeżdżają do mnie zwykle psy na zupełnie straconych pozycjach, takie u których zapadła już decyzja o uśpieniu (oddaniu). Takie psy bardzo słabo rokują adopcyjnie. Zaczynają tu nowe życie, mam więc też zwyczaj nadawać im nowe imię. Zwykle zakładam, że mogą zostać na stałe.
Z powodu agresji przyjęłam dotychczas na rezydentów 5 samców CSV. 

Pokrótce opiszę je pod zdjęciami.
Z tych pięciu, jeden jest Jantarowy, to jedyny przypadek "agresji" do człowieka w mojej hodowli ( 8 miotów CSV).
Cztery pozostałe psy pochodzą wszystkie z polskich hodowli (każdy z innej), tylko przy pierwszym psie miałam wsparcie ze strony hodowcy. Obecnie rodzina ojca ostatniego rezydenta bardzo nas wspiera.
Dlaczego o tym piszę? Dla jasności, rzecz prosta. 


 MENTOS
MENTAL Silver Power
Pierwszy!
Decyzja o przyjęciu Mentosa wynikała z chęci stworzenia azylu dla Wilczaków, które nadziei już nie mają, jednak wynikała też z mojej pychy, przeświadczeniu o własnej mądrości, doświadczeniu z rasą. Przed Mentosem, nigdy nie spotkałam się z taką agresją i przypadek ten mnie przerósł.
Przyjechał jako zupełnie dorosły, ponad 5-cio letni pies, którego agresja narastała od lat i była silnie utrwalona. Miał za sobą wiele pogryzień członków rodziny, także dziecka.
Mentos był najtrudniejszym z rezydentów, odbudowanie zaufania trwało najdłużej.
Dzięki bezcennej pomocy tresera Kotwicy udało się nie tylko wyprostować Mentosa, ale też nauczyło mnie metody postępowania z psami agresywnymi.
To była moja szkoła życia.
Mentos odszedł po kilku latach na zapalenie płuc.
Przez cały czas miałam ogromne wsparcie ze strony jego hodowcy, a także od rodziny ojca psa.
Przez lata byłam w doskonałym kontakcie z jego pierwszym domem.
Mentosa udało mi się polubić, ale zawsze trochę się go bałam, mimo ogromu pracy włożonego w relacje z nim. Taki był skutek kilkakrotnego pogryzienia przez niego na początku naszej wspólnej drogi.



BEN
BELFER Leśny Kamrat

Dziwnym zrządzeniem losu, na dzień przed śmiercią Mentosa, przyjechał do mnie Ben.
Ben to z gruntu wspaniały charakter, skrzywiony przez brak domu.
Zakochałam się w tym cudownym psie, jednak szczerze żałuję, że nie znalazł domu, bo do adopcji nadaje się już od dawna i jest wspaniałym towarzyszem.
Ben miał kilka incydentów agresji (3-4 osoby w schronisku), jego agresja przed przyjazdem nie trwała zbyt długo.
Przy tym psie najbardziej uciążliwa jest jego najwspanialsza cecha - walka o wolność i chęć bycia blisko człowieka. Ben zrobi wszystko żeby wydostać się z kojca (od szczekania na wysokich tonach przez wiele godzin po demolkę stalowego kojca). Strasznie ciężko się z nim żyje, bo jego siła jest niespożyta a wola walki niesamowita. Podziwiam go i czasami nienawidzę, jednak skradł mi serce.
Po przygodach poprzednich psów z adopcjami (Vito, Dżedaj, Zyta), przy Benie jestem bardzo wymagająca co do domu adopcyjnego, co skutkuje brakiem takowego.




VITO
ŁOPIAN Wilczy Duch
Vito przyjechał po raz pierwszy jako młody pies z początkami agresji i z chorobliwą zazdrością o najbliższych. "Naprawił" się błyskawicznie, to wspaniały pies, w stałym bliskim kontakcie, niekłopotliwy, poza tą swoją zazdrością.
Do adopcji trafił w ręce fajne, ale niedoświadczone. Jego pani radziła sobie i stworzyła mu na dłuższy czas dom. W domu jednak pojawił sie mężczyzna, z którym Vito sie nie dogadał. Pani zaczęła też chorować, co nasiliło problemy.
Ostatecznie, na wakacjach, Vito pogryzł Pana i Panią i odstawiono go do mnie.
Teraz to już całkiem dorosły pies, z zupełnym brakiem zaufania do ludzi. Pies, który wie jak straszyć zębami.
Recydywa to trudna rzecz. Vito jest prawie doskonały w relacji ze mną, jednak zupełnie mu nie ufam w kontaktach z obcymi, zdaje się nikogo nie akceptować. Żyje więc ze mną i żeńską częścią mojego stada. Jest cichy, niewymagający, kochany. Szkoda tylko, że musi tak być już na stałe.





DŻEDAJ Jantarowa Wataha
Dżedaj wrócił do hodowli jako roczny pies, po ugryzieniu obcego dziecka.
Jedyny z "agresorów", któremu nie zmieniałam imienia. Nie było potrzeby. Imię było talizmanem i tak miało pozostać. Nie chciałam też ukrywać jego tożsamości, mój pies, moja odpowiedzialność. Agresja wynikała ze złego prowadzenia psa.
Dżedaj miał pojedynczy incydent agresji, u mnie nie przejawiał agresji do ludzi. Był znerwicowanym, zagubionym dzieciakiem, który trochę popróbował straszenia zębami.
Nie silę się na obiektywizm, to mój synek, zawsze będzie miał całe moje serce.
Porównując go z resztą rezydentów, to najlżejszy przypadek. Całkowicie zresocjalizowany.
Dżedaj swobodnie przebywa w każdej grupie ludzi, swobodnie obcuje z dziećmi. Jako synek został włączony do stada, mieszka w domu z resztą Jantarowych. W kojcach nocują pozostali trzej rezydenci. Dżedaj od początku jest częścią Jantarowych i zawsze tak będzie. Śpi ze mną w łóżku. Wita gości przy bramie.
Z dawnych przejść ślad pozostał - nie toleruje słabych psów/suk. Uznaje wyższość dorosłych, silnych psychicznie suczek (dawniej też samców). Bardzo lubi szczeniaki. Ale młodych psów / suk nie lubi i takich kontaktów unikamy.
Wpasował się idealnie w nasze stado. Jedyny "agresywny" Jantarowy, może być teraz wizytówką dobrych manier. Zapraszamy do odwiedzin.
 
 
ERYK
ERVIN Braterstwo Wilczaków
Eryk to mój najstarszy rezydent, przyjechał jako 9-cio letni łobuz. Był przeznaczony do uśpienia, ponieważ atakował rodzinę (mieszkał sam na ogrodzie).
Z powodu braku kontaktów ze światem, ludźmi, nie akceptuje nikogo. Początkowo reagował agresją, jednak udało mi się zdobyć jego zaufanie i teraz wiem, że mnie szanuje i czuje sie tu komfortowo.
Nie toleruje nikogo poza mną. Nie toleruje żadnych psów (ani suczek). Ma więc bezpośredni kontakt tylko ze mną, co zdaje się mu wystarczać.
Jego nawyki w tym wieku są ugruntowane, oprócz tego co osiągnęliśmy, nie liczę na więcej.
Z nerwowego, agresywnego psa, stał sie roześmianym dziadkiem, który potrafi brykać jak młodziak. Jego przemiana jest cudowna i raduje serce, chociaż nadal nie całkiem mu ufam i trzymam dystans. Dla Eryka pobyt tu to najlepsze wyjście, więc dobrze, że tak się stało.


To moje "chłopaki łobuziaki".